Mariola Oleszkiewicz
…Rano wracamy do cywilizacji- jeszcze stajemy na kamienistej drodze, na takim czekoladowym zboczu aby spojrzeć z daleka na Turkanę .Pakuję do torby spory porowaty kamień wulkaniczny i myślę sobie – ja tu jeszcze wrócę…!
To było bardzo ciekawe założenie-podróż do kenijskich jezior. Każde z nich położone w innej części kraju, który ma różne strefy klimatyczne. O ile Beringo, Bogoria , Naivasha i Wiktorii były w pewien sposób do siebie podobne to Turkana zrobiło na mnie oszałamiające wrażenie. Najpierw długa trasa bezdrożami po kamienistych traktach lub rozjeżdżonych błotach , czasami w strugach deszczu. Towarzyszył nam dreszczyk emocji –przejedziemy czy będą nas ‘dobrzy ludzie’ wyciągali z błota ? „Dobrzy ludzie’’to kenijscy kierowcy, którzy bardzo sobie pomagają w takich ekstremalnych warunkach. Nasz kierowca Albert to też bardzo doświadczony szofer i mechanik , potrafił naprawić samochód na trasie wspomagany telefonicznym instruktażem. Wielokrotnie widzieliśmy unieruchomione w błocie ciężarówki, naładowane towarem do granic możliwości, które nie mogły wydostać się z błotnych kolein. Pewno,że taka zawalidroga wszystkim uniemożliwia przejazd i każdy musi pomóc jak chce się posuwać do przodu, ale kierowcy zgodnie rozładowywali taki ładunek, przepychali samochód i pakowali go ponownie nosząc wszystko na własnych barkach. Zawsze gdzieś nagle pojawiali się miejscowi w nadziei na zarobek paru szylingów. Czegóż na tych samochodach nie było :worki z mąką, worki cementu, pudła, węgiel, skrzynie. Nic dziwnego, że droga na północ Kenii w porze deszczowej trwa tak długo. Ale coś za coś – dzięki deszczom zieleń jest soczysta, kolory piękne a dla nas miało to znaczenie dla robienia zdjęć .Tylko w takich warunkach czerwone błoto i zielone otoczenie tak pięknie kontrastują. Stopniowo krajobraz zmieniał się –coraz mniej błota a coraz więcej kurzu- zaczynał się obszar półpustynny. Wreszcie Turkana – niebieskoturkusowa woda otoczona szaro –brązowymi górami z lekką mgiełką .Wokół absolutna cisza, spokój, po horyzont żywej duszy. W oddali widoczne konstrukcje z patyków i gałęzi – małe chatki rozrzucone w dużej odległości od siebie na kamienistym terenie. Uczucie bezkresu i wolności. Stoki pagórkowatego terenu pokryte czekoladowobrązowymi porowatymi kamieniami wyrzuconymi tysiące lat temu przez wulkany. To brzmi jak banał ale krajobraz księżycowy , nigdzie takiego nie widziałam. Jedziemy do lodgy jedynej na tym terenie. Po drodze spotykamy pojedynczych ludzi wędrujących kilometrami po wodę .Wkoło lodgy osiedle-kilka sklepików ,domków, niektóre murowane. Zapada zmrok- w ,, miasteczku” nie ma prądu, jest tylko w lodgy ale przez kilka godzin dziennie bo z agregatu. Po kolacji właściciel lodgy napruty jak meserschmitt wyłącza prąd około dwudziestej- co za niesamowite wrażenie te absolutne ciemności. Dla Europejczyków zupełnie nowe wrażenie – w Europie nawet poza miastami nie ma nigdy tak przejmujących ciemności, w pokoju nie widzę nawet ręki wyciągniętej przed siebie. Na szczęście mamy latarki, a w restauracji palą się świeczki. Ale o ładowaniu baterii do sprzętu fotograficznego nie ma mowy. Rano śniadanie , przyjemnie powiewa wiaterek, jedziemy znowu nad Turkanę. Woda jeziora zupełnie inna- zielonoturkusowa lekko pluszcze o brzeg, dookoła pustka, żywej duszy nie widać. Jedziemy do wioski gdzie mieszka plemię El Molo. Ubogie chatki zbudowane z trzciny i gałęzi pokryte szmatami. W wiosce tylko kobiety i dzieci. Chętnie pozują do fotografii, śpiewają. Ubrane w autentyczne skórzane „sukienki”. Z pewnością nie jesteśmy pierwszymi białymi jakich widzą ,ale są tak autentyczni, że mam wrażenie iż w tej wiosce czas się zatrzymał 100 lat temu. Po południu pływamy łodzią wzdłuż brzegu. Bogactwo form skalnych, bajkowe kolory: brązy, beże, rudości, szarości biele. Skały ułożone warstwami jak tort na przekroju. Na skałach rozkrzyczane ptaki uciekające na widok łodzi .Łódź płynie dość szybko a my próbujemy fotografować- zdjęcia wychodzą śmiesznie- tu „obcięte” skrzydło, tam w obiektywie został tylko ogon. Ale te widoki, te kolory, ta zamglona bezkresna przestrzeń. Zachwycają mnie pokryte „czekoladowymi” kamieniami zbocza w których tkwią kremowo-beżowe suche drzewa. Przybijamy do brzegu daleko od wioski. Woda w jeziorze przeźroczysta. Nasz boss Maciek rozlewa szampana. Daleko na brzegu widać szałas z palącym się małym ogniskiem- to czyjeś miejsce na ziemi.. Patrzę przez obiektyw – jakiś samotny staruszek je kolację. Słońce szybko zachodzi, widok dech zapiera, orgia czerwieni nakazuje ciszę, zapada zmrok.Za czym my Europejczycy tak gonimy? Przecież poza nami jest jeszcze inny świat, gdzie ludzie też są na swój sposób szczęśliwi.
Rano wracamy do cywilizacji- jeszcze stajemy na kamienistej drodze, na takim czekoladowym zboczu aby spojrzeć z daleka na Turkanę .Pakuję do torby spory porowaty kamień wulkaniczny i myślę sobie – ja tu jeszcze wrócę.!
Bogusława Dubik
Byliśmy w miejscach, do których turyści docierają nieczęsto, nocowaliśmy w miejscach urokliwych, spacerowaliśmy po zakamarkach wiosek a nawet gościliśmy w domach tubylców, podziwialiśmy barwne bazary, urokliwe mieściny i klasztory…
Yunnan to górzysta kraina, rozmiarami i liczbą mieszkańców zbliżona do Polski, przyciągająca różnorodnością krajobrazową i etniczną. To w tej prowincji żyje większość grup etnicznych występujących w całych Chinach.
Subtropikalne południe z plantacjami bananów, herbaty, ryżu i inną egzotyczną roślinnością , północ z wysokimi górami (my dotarliśmy tylko do wysokości 3600m n.p.m.), wąwozami i rzekami, dostarczają niezwykłych wrażeń.
A do tego ludzie kultywujący swoje tradycje, którzy życzliwie traktują turystę z aparatem fotograficznym i pozwalają podglądać swoje codzienne życie. To dla ciekawych świata fotografujących wymarzone miejsce.
Tam od dawna chciałam pojechać. I dzięki Maciejowi Radomskiemu, który od początku powstawania planów tej wyprawy wierzył w jej udaną realizację i cierpliwie dopracowywał szczegóły wyjazdu, ten wyjazd stał się realny. Byliśmy w miejscach, do których turyści docierają nieczęsto, nocowaliśmy w miejscach urokliwych, spacerowaliśmy po zakamarkach wiosek a nawet gościliśmy w domach tubylców, podziwialiśmy barwne bazary, urokliwe mieściny i klasztory…
Yunnan naprawdę jest Magiczny i warto to samemu sprawdzić.
Zbigniew Szyłański
…podoba mi się elastyczność organizatora, gdyż w wielu przypadkach mogłem realizować własny program, natomiast o powodzeniu decydowało logistyczne przygotowanie wyjazdów do tych odmiennych kulturowo i przyrodniczo miejsc…O reszcie niech powiedzą moje zdjęcia na stronie: http://www.szylanski.soi.pl/…
Niedawno zdałem sobie sprawę, że w ostatnich ośmiu latach uczestniczyłem aż w dziewięciu wyprawach fotograficznych zorganizowanych przez globtrotera Maćka Radomskiego. Podoba mi się elastyczność organizatora, gdyż w wielu przypadkach mogłem realizować własny program, natomiast o powodzeniu decydowało logistyczne przygotowanie wyjazdów do tych odmiennych kulturowo i przyrodniczo miejsc. Czterokrotnie byłem w Kenii, ponadto odwiedziłem Tanzanię, Indie, Maroko, Namibię i Chiny. Wracałem zawsze zadowolony, gdyż założone cele były osiągane, a logistycznych wpadek nie zanotowałem. Zresztą nie mogło być inaczej, skoro wszystkie szczegóły były wcześniej perfekcyjnie dopracowane. Ważna jest tutaj solidność partnera i znajomość realiów miejsc, które się odwiedza, bo choć nie wszędzie towarzyszył mi organizator, to jednak jego rady były nie do przecenienia. O niektórych wrażeniach pisałem wcześniej (red.: wpisy poniżej).
O reszcie niech powiedzą moje zdjęcia na stronie: http://www.szylanski.soi.pl/
Mam nadzieję, że teraz kiedy Maciek połączył swoje organizacyjne predyspozycje i wiedzę z drugim partnerem Markiem Dziokiem, przygotowywanie kolejnych wyjazdów nabierze nowego kolorytu. I tego organizatorom niesztampowych wypraw szczerze życzę.
Bartosz Kordyński
„Magiczny Junnan” Chiny, we wrześniu 2011 była dość intensywną wyprawą, jednak w granicach naszej wytrzymałości…wyprawa fantastyczna zdjęciowo…dała nam wymarzone kadry, z których będziemy jeszcze przez lata dumni…
„Magiczny Junnan” Chiny, we wrześniu 2011 była dość intensywną wyprawą, jednak w granicach naszej wytrzymałości. Zobaczyliśmy inne, prawdziwe Chiny, których nie da rady zobaczyć turysta z biura podróży. Jadaliśmy w lokalnych knajpkach, mieszkaliśmy w hotelach nie skalanych widokiem białego człowieka. To było coś więcej niż wyjazd ze zwykłym biurem podróży do Chin i za to chcemy Maćkowi Radomskiemu serdecznie podziękować. Wyprawa fantastyczna zdjęciowo, duża różnorodność dostępnych obiektów do fotografowania w połączeniu olbrzymią sympatią tubylców, dała nam wymarzone kadry, z których będziemy jeszcze przez lata dumni
Elżbieta Targońska
Wyprawa „Magiczny Yunnan” to ciekawa propozycja odwiedzenia mało zdeptanego zakątka Chin…Fascynujące krajobrazy, przyjaźni ludzie, ciekawe obyczaje i kultura wielu mniejszosci etnicznych oraz kuchnia uczynily tę wyprawę niezapomnianym przeżyciem.
Wyprawa „Magiczny Yunnan” to ciekawa propozycja odwiedzenia mało zdeptanego zakątka Chin. Zarówno dobór miejsc jak i organizacja czy kwestie logistyczne w moim przekonaniu zostaly rozwiązane dobrze. Lokalni przewodnicy spelnili moje oczekiwania i wiele wniesli do mojej wiedzy o Chinach. Fascynujące krajobrazy, przyjaźni ludzie, ciekawe obyczaje i kultura wielu mniejszosci etnicznych oraz kuchnia uczynily tę wyprawę niezapomnianym przeżyciem.
Jesli mialabym coś udoskonalic to zapewne byłyby to lepsze godziny z punktu widzenia fotografowania (swiatlo) i nieco mniejsza ilosc przejazdow do bardzo zblizonych krajobrazowo i kulturowo miejsc. To de facto pozwoliłoby skrocic czas do 14-16 dni.
Poza tym wyjazd nie miał słabych punktów, nie było ofiar w ludziach ani sprzęcie – zatem pełny sukces. Dziękuję.
Bogusława Dubik
To gdzie jedziesz jest mniej ważne od tego z kim jedziesz. Każdy, kto chce podróżować fotografując może mieć pewność, że właśnie na tych wyprawach egzotyczną przyrodę i dzikie zwierzęta będzie miał na wyciągniecie ręki i zasięg działania aparatu fotograficznego.
Zdarzyło mi się , we wrześniu 2008 (a potem w maju 2009), znaleźć się na wyprawie zorganizowanej przez Macieja Radomskiego i spędzić kilkanaście dni w rezerwatach i parkach Kenii. I to były podróże magiczne.
A spowodowały to dwa czynniki – miejsce (choć to nie było głównym kryterium mego wyboru) a przede wszystkim Maciej, który zorganizował wyprawę w stylu, którego szukałam od dłuższego czasu, tzn. wyjazdu w stylu pleneru fotograficznego.
Perfekcyjna organizacja, ściśle zdefiniowany profil wyprawy i Maciej, doświadczony podróżnik i fotograf, osoba stworzona na kompana podróży i jednocześnie nauczyciela fotografii, to główne elementy sukcesu tych wypraw.
Każdy, kto chce podróżować fotografując może mieć pewność, że właśnie na tych wyprawach egzotyczną przyrodę i dzikie zwierzęta będzie miał na wyciągniecie ręki i zasięg działania aparatu fotograficznego.
Zbigniew Szyłański
Do pewnych miejsc czasem się powraca i dzieje się tak zawsze z jakiegoś powodu [...] Wróciłem do tego egotycznego kraju i nie żałuję powrotu.
Do pewnych miejsc czasem się powraca i dzieje się tak zawsze z jakiegoś powodu. Dla mnie tym powodem była chęć usystematyzowania wcześniejszych spostrzeżeń i wyobrażeń o Kenii, potrzeba zwrócenia większej uwagi na szczegóły, na które poprzednio zabrakło czasu Tak się też stało. Wróciłem do tego egotycznego kraju i nie żałuję powrotu.
Teraz inaczej już postrzegałem otaczającą mnie rzeczywistość, zauważałem inne detale. Wrażenia z wyjazdu pozostaną na długo w pamięci. Wyprawy na kenijski płaskowyż pozwalają przede wszystkim nawiązać bezpośredni kontakt z niedostępną dla Europejczyków przyrodą, dają sposobność przyjrzenia się z bliska przebogatej faunie i interesującej florze, umożliwiają także poznanie życia autochtonów. Efektem są zapisane w pamięci doświadczenia oraz fotografie. Publikuję je m.in.na swojej stronie www. Jednym słowem wyprawa dostarczyła mi wielu nowych ciekawych wrażeń. A czy mogło być inaczej, jeśli nad całością czuwał Maciek Radomski?
Konkretyzują się też moje oczekiwania w odniesieniu do przyszłych eskapad. Być może organizatorzy zechcą uwzględnić w swoich przyszłych planach przygotowanie wyprawy dla niewielkiej grupy osób bardziej zaawansowanych w fotografii (8- 10 osób max), chodzi o pasjonatów, którzy będą zdecydowani poświęcić więcej czasu na konkretne tematy w niewielu wybranych miejscach. Nie przeczy to idei dalszego organizowania wakacyjnego fotografowania dla początkujących fotoamatorów, którym oferuje się co prawda wiele możliwości, ale tempo realizacji programu wymusza spojrzenia dość powierzchowne. W każdym bądź razie ja będę poszukiwał nieco innej drogi realizacji swoich fotograficznych potrzeb.
Anna Łukasik
Bardzo lubię Afrykę [...] Tym razem wybrałam się do Kenii jako osoba towarzysząca zafascynowanemu fotografią synowi i poznałam ją z innej strony: zobaczyłam Afrykę światła i cienia. Zobaczyłam jak pieknie wygląda jezioro o zachodzie słońca, sieść antylopy o świcie, oświetlone kropelki wody na skórze nosorożca…
Bardzo lubię Afrykę i tak często jak tylko mogę, zawsze z ogromną przyjemnością tam wracam. Drogi w Afryce są zakurzone i bywa , że prowadzą do nikąd. Częto nie wiadomo co kryje się za horyzontem a miasta mają ciasne zatłoczone uliczki. Podziwiam właśnie te bezkresne przestrzenie, ludzi którzy nigdzie się nie spiesza i zawsze mają czas na pogawędkę z nieznajomym i oczywiście wspaniałą jeszcze nie zniszczoną przyrodę. Dotąd najbardziej charakterystyczne dla Afryki były dla mnie zapachy i dżwięki: suche powietrze znad pustyni, zapach fajki wodnej i owocow o nieznanych barwach i smakach, wilgoć tropikalnego lasu, zapach dzikich zwierząt, szum wiatru, grajace cykady i krzyk hieny w nocy. Tym razem wybrałam się do Kenii jako osoba towarzysząca zafascynowanemu fotografią synowi i poznałam ją z innej strony: zobaczyłam Afrykę światła i cienia. Zobaczyłam jak pieknie wygląda jezioro o zachodzie słońca, sieść antylopy o świcie, oświetlone kropelki wody na skórze nosorożca…
Wyprawa One Photo była świetnie zorganizowana, trasa bardzo ciekawa, prowadzący dobrze przygotowani-nie było mowy o niewiadomej za horyzontem, a planow nie pokrzyżował nawet ulewny deszcz. Mój syn bardzo wiele się nauczył i jeśli będziemy tylko
mogli z pewnoscią wybierzemy się na taką wyprawę raz jeszcze…
Wojciech Ciastoń
Kenia była moim pierwszym spotkaniem z Afryką. Zaczarowała mnie tak mocno, że mógłbym tam zostać i może kiedyś tak się stanie…Fotografie, które tam powstały i doświadczenie, którego nabrałem, przypominają mi, że połączenie najlepszego daje najlepsze.
Pierwszy raz w Afryce. Kenia była moim pierwszym spotkaniem z Afryką. Zaczarowała mnie tak mocno, że mógłbym tam zostać i może kiedyś tak się stanie. Niezwykłe, zmieniające się krajobrazy, dzikie zwierzęta na wyciągnięcie ręki, piękne i zgrabne kobiety. Czego może chcieć więcej człowiek, który lubi naturę. Coś jeszcze niezwykłego wydarzyło się tam, doborowe towarzystwo na wyprawie. Czego może chcieć więcej człowiek, który lubi się bawić. Fotografie, które tam powstały i doświadczenie, którego nabrałem, przypominają mi, że połączenie najlepszego daje najlepsze. Jak w matematyce, nieskończoność plus nieskończoność daje nieskończoność.
Zofia Olesiak
Cała grupa była pozytywnie zakręcona. Sytuacji wesołych i komicznych było wręcz na pęczki. Emocje przy robieniu zdjęć były bardzo duże…Cudnie i fantastycznie.
Wszystko co było napisane w programie zrealizowane z dużą nawiązką. Emocji jakie przeżywalismy nie bardzo da się opisać. Jedna z nich -ponieważ mieszkaliśmy w środku parków, wszędzie z nami wieczorami chodzili strażnicy, zwykle jeden z przodu z wielkim nożem lub dzidą , a drugi z łukiem z tyłu. Zdażyło sie że był czasem jeszcze trzeci. Ten trzeci prowadził madame (czyli mnie) za rekę. Wojtek bardzo chciał nam zrobic zdjecie pamiątkowe, ale niestety wychodziłam tylko ja , a prowadzący mnie Murzyn nie. Smiechu było wiele , bo tak naprawde to jak zrobić zdjęcie Murzyna w nocy. Cała grupa była pozytywnie zakręcona. Sytuacji wesołych i komicznych było wręcz na pęczki. Emocje przy robieniu zdjęć były bardzo duże. W skrócie można tak napisać – nie zjadły nas lwy, nie zaatakowały lamparty, gepardy oni nosorożce, nie zadeptały nas stada słoni ani bawołów. Dostojne żyrafy, zwinne antylopy, delikatne gazele, śliczne zebry, brzydale guźdźce i hipcie czasem uciekały w popłochu, ale najczęściej nie zwracały na nas uwagi. Za to my zamieraliśmy z zachwytu. Wiodok kilku tysięcy flamingów i kilkuset pelikanów długo jeszcze po nocach będzie się śnił. Cudnie i fantastycznie.
Zbigniew Szyłański
…myślę, iż o powodzeniu takich imprez decydują przede wszystkim 2 czynniki: jednym z nich jest tożsamość zainteresowań uczestników w tym przypadku fotografia, drugim dobre przygotowanie logistyczne wyprawy w tym zadbanie o szczegóły…
Wrażenia – myślę, iż o powodzeniu takich imprez decydują przede wszystkim 2 czynniki: jednym z nich jest tożsamość zainteresowań uczestników (w tym przypadku fotografia), drugim dobre przygotowanie logistyczne wyprawy (w tym zadbanie o szczegóły). Są oczywiście jeszcze inne istotne elementy wpływające na pozytywną ocenę przebiegu eskapady, takie jak brak malkontentów w grupie, dyscyplina uczestników, fajna atmosfera w zespole, itd. Ale dwie pierwsze przesłanki są IMHO rozstrzygające.
I w tym miejscu muszę wyrazić się z uznaniem o organizatorach wyprawy: zarówno o Macieju (Dezerter) będącym spiritus movens całej imprezy, jak i o TSO. Nawet gdybym chciał się czepiać, to nie miałbym czego.
Afryka… jeśli musiałbym wybierać jeszcze raz z tysięcy interesujących rzeczy rozgrywających się na tym kontynencie, tę jedyną która najbardziej kojarzy mi się z tą częścią świata i która zarazem najbardziej do mnie przemawia, to wybrałbym ponownie świat zwierzęcy Afryki Wschodniej. Bogactwo gatunków fauny skumulowanych na obszarze możliwym do ogarnięcia obiektywem aparatu podczas takiej wyprawy jest powalający. A przy tym wszystkie zmysły chłonące cały ten ekosystem dostarczają tyle bodźców, że nie sposób tego zapomnieć. Do tej pory słyszę wyraźnie odgłosy nocnego życia sawanny.
Mile zaskoczyła mnie życzliwość autochtonów, ich spontaniczność, brak szczególnej nachalności, co nie oznacza, iż nie byliśmy aktywnie zachęcani do zakupów miejscowego rękodzieła. Odmienność kultur, obyczajowości, folklor widoczny zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, to dodatkowe ciekawe tło wyprawy. Zaskoczeń było sporo, np. widok orłów siedzących na trawnikach w Nairobi, marabuty okupujące gałęzie drzew ulic tej metropolii, żyrafy spacerujące na obrzeżach stolicy Kenii, choć już poza granicami miasta, liczne i przyjaźnie usposobione do turystów uzbrojone patrole policyjne na miejskich rogatkach, generalnie fatalna jakość dróg (tak nawiasem, to mało tam jest tych dróg), i wiele, wiele innych szczegółów.
Z kilku parków narodowych najbardziej zadziałały na moją wyobraźnię Maasai Mara i Nakuru i chyba w przyszłości, gdybym miał powtórzyć wyjazd na płaskowyż kenijski, to skupiłbym się tylko na tych dwóch. Co nie znaczy, iż Samburu, Shaba, Hells Gate, Naivasha i pozostałe nie potrafią wryć się w pamięć. Każdy jest inny, przynosi odmienne doświadczenia. Dość szybko udało się nam zobaczyć „wielką piątkę”, dostrzec epizody wieczornego życia stada hien, oglądać wędrujące stada zebr, bawołów, antylop, żyraf i słoni. Z chęcią poświęciłbym znacznie więcej czasu, niż było mi dane, na fotografowanie tego co oferuje kraina wczesnych hominidów. Musiałbym być jednak tam przebywać przez kilka miesięcy (a przynajmniej przez kilka tygodni) i mieć do dyspozycji własnego jeepa (chodzi o możliwość optymalnego ustawienia kadru w stosunku do tła i kąta padania promieni).
Czego nie widziałem a chciałbym zobaczyć? Przeżyciem byłoby asystowanie scenom polowań drapieżników, zobaczenie przeprawiających się przez Mara stad gnu atakowanych przez krokodyle, a generalnie to spotkanie większych ilości tych gadów w ich naturalnym środowisku, (widzieliśmy tylko pojedyńcze sztuki), oraz lepidozaurów: np. węży, jaszczurek. Nie ma jednak co narzekać. Na brak wrażeń nie cierpiałem. Presja środowiska przyrodniczego na zmysły każdego dnia pobytu była tak duża, iż długo byłoby o czym opowiadać.
W tej skróconej relacji nie ma opisów scen mrożących krew, bo takich nie było, i nie zdarzyło się nic, co byłoby w tamtejszych warunkach nadzwyczajnego. O potencjalnie 2 groźnych dla nas sytuacjach wspominał niedawno gdzieś Maciej (Dezerter). Ale to dobrze, że mogliśmy być spokojnymi obserwatorami zwyczajnych dni w życiu zwierząt afrykańskich.
Wiadomo, że na Ziemi są miejsca, do których chce się wracać. Afryka Wschodnia jest dla mnie na pewno jednym z nich.
Agata Budrewicz
Pojechałam do obcego „dzikiego” kraju, a poczułam się tam tak, jakbym po długiej bardzo podróży wróciła wreszcie do domu……… Maćku, zabierz mnie tam z powrotem-:)
Długo się zastanawiałam co napisać o wyprawie do Kenii. Ciągle brakowało mi słow, zdań, które oddałyby atmosferę tego miejsca i tak niezwykłej przygody. Pavlik pieknie opisał dzień po dniu naszą wyprawę. Od siebie dodam tylko tyle, ze żadne słowa, żadne zdjęcia nie oddadzą w pełni magii, tak wszechobecnej w każdym zakątku Kenii: falujący ocean żółtych traw, smak wolności, zapach sawanny o poranku, dzikość serca. Wszystko to tworzy raj dla osób kochających przyrodę.
Z onePhotoAdventure i Maćkiem (Dezerterem) pojadę wszędzie. Choćby w najdalsze zakątki tego świata, bo Maciek potrafi zarażać wielka przygodą, gdzie człowiek zaczyna zmuszać sie do refleksji: co w życiu jest najważniejsze? W takich miejscach jak Afryka można znaleźć odpowiedź na to pytanie.
Pojechałam do obcego „dzikiego” kraju, a poczułam się tam tak, jakbym po długiej bardzo podróży wróciła wreszcie do domu……… Maćku, zabierz mnie tam z powrotem:)
Bartosz Budrewicz
Było naprawdę świetnie. Nie chodzi tylko o zdjęcia, ale po prostu dobrą wakacyjną zabawę…Jedyną obserwowalną wadą tej wyprawy było to, że teraz będę miał dużo większe wymagania co do podróży urlopowych
Impreza zorganizowana przez Dezertera i Spółkę daleko przeszła moje wyobrażenia.
Było naprawdę świetnie. Nie chodzi tylko o zdjęcia, ale po prostu dobrą wakacyjną zabawę. Na szczególną pochwałę zasługuje dbałość o to, co większość dużych biur pomija, czyli szczegóły. Ponadto naprawdę podobała mi się rzeczywista a nie markowana chęć dogodzenia wszystkim ale i o każdemu z osobna. Jak dla mnie już te dwa atuty sprawiają, że z przyjemnością wybiorę się z Wami na kolejną przygodę, o ile tylko czas i finanse pozwolą.
Jedyną obserwowalną wadą tej wyprawy było to, że teraz będę miał dużo większe wymagania co do podróży urlopowych
.
Długo by opowiadać, ale tak na szybko, kilka myśli zebranych. Trochę chaotycznie, może za jakiś czas uda mi się to lepiej zebrać.
- Kapucynki kradnące baterie i próbujące kiepy z popielniczki były całkiem urocze, ale zmuszały do uwagi przy wychodzeniu / wchodzeniu do domku.
- Mało komarów (przynajmniej tam gdzie byliśmy). W polsce po przyjeździe, w centrum Wawy na starcie ucięły mnie 3. Tam chyba ze 3 przez cały wyjazd.
- Drogi gorsze niż w .pl !!! Momentami na zwykłej drodze (jeden pas w jedną, drugi pas w drugą), mijało się na raz 5 samochodów! Wykorzystując pobocza (nieważne z której strony) i co tam tylko można. Zaiste ciekawe doświadczenie.
- Edukacja. W zwykłej wiosce murzyńskiej, w której codziennym jedzeniem jest mleko zmieszane z krowią krwią, a domy robi się z krowich placków, dzieciaki od malutkiego uczy się 3 języków (suahili, plemienny i obowiązkowo angielski).
- Biała twarz otwiera wszystkie drzwi. Po drodze mijaliśmy niezliczone blokady policyjne. Na prawie wszystkich trzepali „lokalesów”, nas zatrzymali tylko raz – na granicy parku, celem kontroli biletów. Za każdym innym razem policjanci uśmiechali się szeroko i machali zapraszająco żeby jechać.
- Bardzo sympatyczni ludzie. Kontaktowi, pomocni (nawet bezinteresownie). A kierowców mieliśmy już zupełnie odjazdowych. Ja jeździłem z facetem, który na pytanie czy nie jest zmęczony (po całym dniu jazdy kiedy nawet ja już się przewracałem), odpowiadał „stary, to najlepsza robota pod słońcem, jak mógłbym być zmęczony!”. A miał prawo być znudzonym, bo innym razem kiedy pod wrażeniem jego wiedzy zapytałem skąd tyle wie, odpowiedział, że jeździ już 18 lat!
- W hotelach świetne żarcie (zwłaszcza w Samburu, najgorsze ale też niezłe w Maasai Mara). Trochę się bałem jakichś cudactw na patyku, ale było naprawdę profi.
- Największe rozczarowanie – krokodyl. Nie udało nam się zobaczyć akcji, a kiedy leży jak placek na brzegu, to nawet z antylopą w paszczy specjalnie sympatyczny nie jest.
- Największy fuks, to chyba lampart w świetnym do focenia miejscu. Dez był już parę razy w Kenii, ale po raz pierwszy trafił na taką gratkę. Lampart jest aktywny nocą, a w dzień się zwykle zaszywa na tyle skutecznie, że ciężko go spotkać.
- Największe pozytywne zaskoczenie – dla mnie – ptaki. Tzn. miałem świadomość że „cośtam” będzie, ale dopiero po przyjeździe dotarła do mnie cała ta barwna i rozkrzyczana ekipa. Dla ptasiarzy – raj na ziemi. Podczas krótkiej wizyty, prawie zupełnie nie nastawionej na ptaki, sfotografowałem kilkadziesiąt gatunków. W Polsce nie dałbym rady. Oczywiście sporo z tych zdjęć to foty mające wartość tylko dla mnie i raczej nigdy ich na forum nie pokażę. Ale kilka wyszło moim zdaniem całkiem przyzwoicie.
- Ogromne przestrzenie. Podczas lotu balonem nad Maasai Mara, wznieśliśmy się na 600m. Jak okiem sięgnąć sawanna. Skóra cierpnie. Chce się wracać.
- Dostojeństwo lwów. Kiedy wygrzewają się w słońcu to czuje się od nich moc ale i zupełnie olewający stosunek do turystów. Chociaż nasz kierowca bywał przy nich spięty. Kiedy podjechaliśmy do lwicy odpoczywającej obok upolowanej antylopy, nie wyłączył jak zwykle silnika i obserwował ją bardzo uważnie. Później powiedział mi tylko „no jokes with lions” z cholernie poważną miną.
Zbigniew Szyłański
Kilkanaście dni wyprawy minęło jak mgnienie oka…zobaczyłem fragment innych Indii, bardziej autentycznych, niż te widziane oczami tradycyjnego turysty podróżującego wytyczonymi trasami z biurami podróży…Incredible India? A może należałoby dodać strange India?
No i stało się. O kolejnej wyprawie z onePhoto Adventure, tym razem do północnych Indii, będzie mówiło się już tylko w kategoriach czasu przeszłego. Kilkanaście dni wyprawy minęło jak mgnienie oka. To było dość intensywne, aczkolwiek w granicach naszej wytrzymałości, fotograficzne eksplorowanie rozmaitych miejscowości w czworokącie Shimla – Manali – Taragarh – Dharamshala, a jednocześnie poznawanie tego, co ma do zaoferowania pod względem krajobrazowym i etnograficznym ta część Małych Himalajów.
Na pewno zobaczyłem fragment innych Indii, bardziej autentycznych, niż te widziane oczami tradycyjnego turysty podróżującego wytyczonymi trasami z biurami podróży. O taki właśnie obraz kraju i jego mieszkańców mi chodziło.
Na uporządkowanie wrażeń będzie potrzeba więcej czasu. Jakimi zatem refleksjami mogę podzielić się już teraz, na gorąco?
Trzy rzeczy mnie zaskoczyły od samego początku: dużo ludzi widocznych na wszystkich zamieszkałych terenach, wszechobecne śmieci i kakofonia dźwięków pochodzących z klaksonów samochodowych na ulicach i drogach. W tak wielkiej skali nie widziałem tego dotąd nigdzie. Porażała mnie powszechna bieda i codzienna walka o przeżycie tak wielu Hindusów. Ale też zauważalne były zabiegi mieszkańców ulic i slumsów o utrzymanie elementarnej higieny i troska o dzieci.
Życzliwość mieszkańców do nas była tym większa, im dalej znajdowaliśmy się od szlaków turystycznych. Takich sytuacji akurat spodziewałem się, bo jest to regułą także w innych rejonach świata. Nie spotkaliśmy się z żadnym gestem wrogości autochtonów. Natomiast na przyjazny uśmiech i takie samo kiwnięcie głową, czy ręką oraz ciekawe spojrzenia trafialiśmy na każdym kroku.
Dla fotografików pasjonujących się reportażem, zwłaszcza streetfoto, oraz portretami był to wymarzony wyjazd. Ciekawe sytuacyjne scenki uliczne, charakterystyczne i zarazem fotogeniczne twarze dzieci i osób dorosłych, żywe kolory ubiorów odcinające zdecydowanie ludzi od tła, to niewątpliwe zalety tych miejsc. Można powiedzieć, że uważny obserwator, jest tam wręcz skazany na długotrwałą, nieustającą sesję fotograficzną. Szczególnie podobały mi się krótkie pozaprogramowe wypady wczesnym porankiem na ulice budzących się po nocy miasteczek, jeszcze o szarówce i przed śniadaniem oraz przed naszymi wyjazdami do górskich wiosek, pozwalające na obserwacje tego, co dzieje się tylko o tej porze dnia na ulicach i w zakamarkach ulic.
Podczas wyprawy rzeczywiście zobaczyłem wiele interesujących scen. Ciekawe spostrzeżenia wyniosłem z warsztatów pracy ludzi wykonujących prace tkackie, krawieckie, wyszywających na tkaninach różne kolorowe elementy, realizujących roboty stolarskie i metaloplastyczne, z manufaktury herbaty w czasie jej postoju, oraz z miejsc, gdzie uroczyście obchodzono religijne święta (m.in. święto Sikhów). Osobny rozdział należałoby poświęcić Tybetańczykom i kulturze buddyjskiej, widocznej szczególnie w rejonie Dharamshali.
Generalnie odmienność kulturowa mieszkańców tego przedziwnego kraju, jakim są Indie wyrażała się dosłownie we wszystkim i o tym można by długo opowiadać.
Cztery zdania o organizacji wyjazdu. Został przygotowany całkiem dobrze. Żadnych wpadek i nieprzyjemnych zaskoczeń nie zarejestrowałem. Hotele były bardzo przyzwoite (w Shimli hotel dobrej klasy miejscowej, w Manali – Holiday Inn mówi sam za siebie, no a w Taragarh pełna egzotyka – pałac maharadży), z kolei w Delhi – Grand Hotel to najwyższy poziom światowy. Jedzenie swoiste, indyjskie, nasycone przyprawami, w ilościach ponad nasze możliwości.
Wspomnę jeszcze o trzech ważnych dla mnie kwestiach. Nie bardzo sobie wyobrażam tę wyprawę bez Barta Pogody, który był naszym „cziczerone” i jednocześnie bardzo życzliwym pomocnym kompanem. Młody, ale doświadczony, przesympatyczny obieżyświat pomagał nam rozumieć Indie. Mam nadzieję jeszcze spotkać się z nim podczas innej wyprawy. Ponadto los dopisał tworząc dobór fajnej grupy osób dotąd nie znających się, ale szybko integrujących się i tworzących świetną atmosferę. Mieliśmy też szczęście trafiając na właściwych indyjskich przewodników, którzy „otworzyli” przed nami te górskie wioski. Zdaję sobie sprawę, iż bez nich (niektórzy mieli swoje korzenie w tych wioskach), nawiązanie kontaktu i zgoda mieszkańców wiosek na nasze wtargnięcie w ich codzienne życie, byłyby bardzo problematyczne.
Nad całością wyprawy czuwał wiadomo kto, pozdrawiam Cię Dezerterze! -)). Dobrze mieć świadomość, iż ktoś 7000 km od nas interesuje się na bieżąco losem wyprawy.
Na przyszłość zmieniłbym tylko kilka punktów programowych.. Opuściłbym na pewno przereklamowany Toy Train, spacery po ich lasach i z ogólnej liczby odwiedzanych skreśliłbym 1-2 mniej interesujące wioski, natomiast w Delhi dotarłbym na pewno do zaklinaczy węży.
No to rozpisałem się. A na początku myślałem, że to będzie niewiele zdań.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich obieżyświatów!
Incredible India? A może należałoby dodać strange India?
Elżbieta Targońska
Wyprawa … lekko zbaczająca z tras tartych i wydeptanych … możliwośc spotkania miejsc i ludzi niezmanierowanych i autentycznych…Grupa uczestników jakkolwiek nad wyraz różnorodna była zgrana…
Króciutko, bo harce indyjskie oznaczają , ze teraz trzeba odrabiac rozliczne zaległości zawodowe. Wyprawa była bardzo udana moim zdaniem z wielu wzgledów m.in. ze wzgledu na lekko zbaczającą z tras tartych i wydeptanych marszrutę czyli możliwośc spotkania miejsc i ludzi niezmanierowanych i autentycznych.
Grupa uczestników jakkolwiek nad wyraz różnorodna była zgrana, interesująca i zainteresowana z grubsza tym samym czyli fotografią. Choć nasz poziom fotograficzny był bardzo różny to fakt ze byli z nami Bart Pogoda i Zbyszek Szyłański- skłonni do porad i pomocy- na pewno podniosła nas wszystkich na wyższy poziom wtajemniczenia.
Trafilismy na dobra pogodę, nie było wypadków, katastrof ani innych nieszcześc, a zatem pełny sukces.
Minusy ? Zamiast super luksusu w wydaniu The Grand New Delhi Hotel w wersji jedna noc lepiej byłoby nieco obnizyc loty i zafundować 2 noclegi, aby kwestia kąpieli i przygotowania do lotu powrotnego (choć przebiegła w miare sprawnie) nie była problemem.
Katarzyna Kwiatkowska
Było super! Piekna pogoda i pyszne jedzonko…A jakie obiekty foto…
Jakis czas już minał od mojego powrotu z Indii, niemniej jednak chciałam podziekować za przygotowanie wspaniałych wakacji. Zaskoczona byłam elastycznym podejściem do naszych oczekiwań i potrzeb na miejscu. Sprawdzili się nasi przewodnicy z Polski (Bartek&Bartek) oraz cała „Indiańska” ekipa na miejscu. Brakowało jedynie 1 wolnego dnia na faktyczny wypoczynek na leżaku.
Było super! Piekna pogoda i pyszne jedzonko.
A jakie obiekty foto…
Jednoczesnie zgłaszam się na wyjazd do Ameryki Południowej, o ile bedzie
.







Komentarze